The World Next Door, magiczny świat równoległy

Wyobraź sobie, że istnieją dwa światy. Jeden, dobrze nam znany, gdzie technologia jest głównym wyznacznikiem postępu, a ludzie ciągle walczą – czy to ze sobą, czy to z problemami życia codziennego. Oraz drugi, gdzie wszystko istnieje tylko dzięki magii, a istoty tam żyjące są w większości pokojowe. A teraz wyobraź sobie, że oba te światy nawiązały ze sobą połączenie, które umożliwia podróż między nimi. Co może pójść nie tak?

Witamy na Emrys

Odpowiedź na powyższe pytanie jest dosyć krótka – wszystko. Jun, młoda dziewczyna i główna bohaterka gry, wygrywa los na loterii, który pozwala jej spędzić jeden dzień w obcym świecie. Przejście między Ziemią a Emrys (tak nazywa się planeta równoległa do naszej) jest możliwe dzięki specjalnym portalom, po jednym na każdy świat. Dodatkowo podróże są dozwolone tylko przez określony czas – podczas Festiwalu, kiedy to obie strony świętują nawiązanie łączności ze sobą. Takie ograniczenie i zabezpieczenia są konieczne, ponieważ magia jest dla ludzi silnie trująca (człowiek nie może przeżyć więcej niż kilka dni na Emrys), a istoty nadnaturalne, takie jak demony, dusze i smoki, przestają istnieć bez magii w swoim otoczeniu.

Czas odwiedzin Jun spędza miło, z nowymi znajomymi, którzy pokazują i uczą jej kilku mniej lub bardziej udanych magicznych sztuczek. Bo w świecie równoległym ludzie też mogą korzystać z magii. Oczywiście nie na taką skalę, jak istoty zamieszkujące ten świat, ale jednak. Problemy zaczynają się, gdy główna bohaterka spóźnia się na swój „portal powrotny”. Następne otwarcie odbędzie się dopiero za rok, a czas i uciekające powoli życie nie są po jej stronie. Tym bardziej, że nie jest to pierwszy taki przypadek. Zdarzało się, że ludzie utykali w magicznym świecie. Wtedy zjawiała się specjalna policja, która łapała takiego osobnika i zamykała go w celi, by mógł tam spokojnie umrzeć.

Nie jest to najlepsza wizja przyszłości, także Jun i jej nowi znajomi próbują zrobić wszystko, by otworzyć portal przed czasem i pozwolić bohaterce wrócić do domu. A wszystko wskazuje na to, że portal jest w jakiś sposób połączony z dziwnymi i niebezpiecznymi świątyniami, które są tematem tabu dla społeczności Emrys…

Wyścig z czasem

Rozgrywka w The World Next Door składa się z kilku elementów, przez co ciężko jednoznacznie określić gatunek tej gry. Znajdziemy tu rozmowy rodem z visual novel, podczas których mamy możliwość wybrania kilku opcji dialogowych. Znajdziemy także eksplorację miasteczka i szukanie konkretnych rzeczy (przykładowo tomiku mangi), by pomóc okolicznym mieszkańcom. Jednakże głównym i najważniejszym elementem, który sprawia, że ta gra potrafi wciągnąć na długie wieczory, jest przeszukiwanie świątyń i pokonywanie przeciwności losu, które się w nich znajdują.

Walka, bo to na niej spędzimy sporo czasu w grze, jest genialnym w swojej prostocie połączeniem Bejeweleda i zręcznościówki. Biegamy po planszy, starając się znaleźć lub ułożyć minimum trzy takie same znaki obok siebie (co pozwala na skorzystanie z magii i zaatakowanie wroga), dodatkowo omijając przeciwników, którzy próbują w tym czasie nas zabić (niektóre rodzaje wrogów także potrafią korzystać ze znaków umieszczonych na planszy, co z czasem znacznie zwiększa poziom trudności). Szaleństwo? Możliwe. Ale za to jakie grywalne!

Trochę przeszkadza fakt, że sterowanie jest ograniczone tylko do klawiatury oraz pada. Na początku nie ma żadnego wyjaśnienia, które opisywałoby znaczenie poszczególnych przycisków, a ikony jakichkolwiek interakcji są pokazane w formie przycisków pada. Innymi wadami, o wiele gorszymi, które ciągle próbowały zniechęcić mnie do dalszej gry, były dziwnie umieszczone niewidzialne ściany oraz problemy podczas samej walki. Nieraz byłem zmuszony biegać w kółko po planszy, bo gra za cholerę nie chciała umożliwić mi wykonanie ataku, mimo że wszystkie warunki były spełnione. Dopiero za entym razem, gdy Jun stanęła kilka pikseli dalej niż wcześniej – gra w końcu wychwyciła moją akcję. Niesmak jednak pozostał. Tym bardziej, że przez ten błąd zdarzyło mi się kilka razy umrzeć.

Oko nie narzeka

Wielką zaletą The World Next Door jest to, że twórcy nie poszli na łatwiznę, jeżeli chodzi o grafikę. Wszystko jest ręcznie rysowane, tak podczas dialogów z postaciami niezależnymi, jak i podczas eksploracji czy walki. Na każdym kroku spotkamy się z ogromną ilością szczegółów, które ciężko będzie przeoczyć. Kolorystyka, odpowiednio zmieniająca się kreska między różnymi elementami gry, projekty postaci – to wszystko buduje naprawdę potężny klimat, który sprawia, że poczucie magicznego świata jest ciągle z nami.

Jedyne, co potrafiło zepsuć na chwilę immersję, to animacje. Nie wiem, czy to przez fakt, że wydają się „rozmyte”. Nie wiem, czy to może z powodu niejasnych hitboxów przy animacji magii. Nie wiem, czy to dlatego, że nie pasują do całokształtu grafiki tej gry. Nie wiem. Ale nie podobało mi się to.

Krwawienie z uszu

Jeżeli nie masz depresji, to muzyka w tej grze ci jej dostarczy. I nie dlatego, że jest smutna lub porusza serce. Po prostu słuchając w kółko tych samych, piskliwych utworów zaczniesz kwestionować swoje życie i to co z nim robisz. Przez pierwsze pięć minut gry jeszcze nie jest tak źle. Ot, lekka i trochę irytująca muzyka. Potem zauważasz powtarzalność i czekasz tylko, aż zmiana lokacji w grze coś zmieni. I zmienia. Na gorsze.

Dochodzi do tego jeszcze brak głosów u postaci. Jedyne dźwięki, jakie wydają, to śmiech i coś w stylu parsknięć lub jęków. Praktycznie kopia języka Simów. Tylko w jednym miejscu można usłyszeć logiczny, spójny tekst – w telewizji, której reporterka komentuje to, co się dzieje podczas naszego pobytu w tym magicznym świecie. A dzieje się naprawdę dużo. Czemu twórcy postanowili ograniczyć się do jednego głosu, zamiast przydzielić każdej postaci aktora? Prawdopodobnie ze względu na oszczędność. W końcu i tak przez muzykę mało kto będzie grał w to z włączonym dźwiękiem.

Ze skrajności w skrajność

Ciężko mi ocenić tą grę. Naprawdę miło spędziłem z nią czas. Immersji nie brakowało, a cała mechanika wraz z grafiką aż prosiły, by pograć jeszcze trochę. Z drugiej strony były problemy, które niszczyły przyjemność z grania oraz muzyka, której celem jest chyba odsianie mniej cierpliwych ludzi.

Jeżeli nie będziemy się spieszyć i zajmiemy się zadaniami pobocznymi, to całość da się przejść w 8 godzin. Jak na taką grę, jest to dosyć mało. Ciągle czuję niedosyt. Ale możliwe, że to przez jeden zabieg fabularny, którego wręcz nienawidzę – żeby zapoznać się z całą historią, trzeba przejść grę minimum dwukrotnie, korzystając z innych wyborów podczas dialogów. Jak dla mnie jest to sztuczne wydłużenie gry. A wystarczyło trochę inaczej poprowadzić fabułę…

Ocena – 8/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *